Wczorajszy, sobotni dzień, był dla mnie udany. Trafiając w odludne miejsce na łonie natury mieliśmy się tylko pławić w kapieli słonecznej. Jednak warkot silników wywabił mnie na kamienisty teren byłych kamiełomowów, gdzie liczni zawodnicy pokonywali z mozołem na swych motocyklach, wyznaczone odcinki pucharu krosowego kraju.
Zdjęcia robiłem, aż do rozładowania baterii. Niewyczerpany wracałem przez rozgrzaną łąkę pełną traw, ziół i kwiatów. Żar płynący z nieba osłodziły mi czarne jerzyny. Dotarłem do Małżonki i w cieniu dużego krzewu napisałem mikroopowiadanie o chłodnej toni oceanu. Po południu fragment przedwojennych wspomnień pewnej seniorki, a wieczorem przepisałem kawałek najnowszej powieści. Uff, jak gorąco (31 stopni, 19 lipiec 2014).
Dalsze ciekawostki autorskie Mariana A. Nocoń od czasu wydania swej pierwszej książki.
Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.
Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
niedziela, 20 lipca 2014
sobota, 7 grudnia 2013
PORYW.
Pisząc treści będące z dala od tego, co się dzieje za oknem,
usłyszałem szum wiatru. Wyjrzałem z za firany i moim oczom ukazały się nisko
pochylone gałęzie krzaków oświetlone żółtawym światłem latarni.
- Jak dobrze być tutaj. – pomyślałem o ciepłym i jasnym pokoju.
Mój wzrok zatrzymał się na pożółkłej fotografii tatrzańskiego Zawrata,
na którym brat dzisiejszego Orkana - Halny, nie powstydziłby się czynionych ze
mną i kolegą harców na śmierć i życie. Nie były to igraszki podmuchów
zatrzymujące spóźnionego przechodnia z czerwoną czapeczką i dużym workiem na
plecach. A impet lokomotywy łamiący paznokcie przytrzymujące się resztką sił
wygładzonych krawędzi kamienistej grani.
I pomyśleć, że nic na to nie wskazywało kwadrans wcześniej, ani
później. Jedna, szybko napływająca chmura, która zasłoniwszy słońce,
przytaszczyła ze sobą masę powietrza uderzającą o ścianę szczytu.
Potem ledwie się położyliśmy, a błyskawicznie narastająca struga
wiatru, przefrunęła nad nami próbując po drodze zabrać ze sobą. Chyba tylko
lotniarz to czuje, co my wtenczas: oderwało mnie od skalnego podłoża unosząc na
kilka, kilkanaście centymetrów. Czułem wiatr pod sobą i pomiędzy plecami a
ciężkim plecakiem. Chyba tylko krzyk sprawił, że opadliśmy z powrotem.
Chyba mnie poniosło…
m.a.n.
sobota, 3 sierpnia 2013
Cyrk.
Niedawno
wylądował obok nas cyrk. Taki prawdziwy, z namiotem i słoniami. W przeciwieństwie
do innych cyrków był dobrze zorganizowany. Wczesnym porankiem usłyszałem dawno
nie spotykane metaliczne dźwięki charakterystyczne dla kowalskich młotów,
wydobywających się ze śródmiejskiej łąki, w miejsce brzęczenia i świerszczenia.
Ponieważ radiowa
rozgłośnia już dawno zrezygnowała z takiego sygnału, więc chłonąłem wszystko co
się z nimi łączyło: naprzemienność i siłę uderzeń, echo odbijające się od domów
oraz jęki wysiłku towarzyszące pracy.
Choć zwykle
jeszcze podsypiam, o tej porze wstałem zmobilizowany czyjąś pracą o tak rzadkim
już wydźwięku, niemal symbolicznym, który został zdominowany warkotem
przeróżnych silników wyręczających czyjeś mięśnie, nawet w prozaicznych
zajęciach, jak odkurzanie tapicerki ukochanego samochodu, nie wspominając o
koszeniu trawy.
Szybciutko
powstał główny maszt dźwigający tony materiału, ale tu już czysty etos pracy został przyćmiony cichą pracą wyciągarki
i być może, aby ją zagłuszyć i podtrzymać wrażenie pracy rąk, dały się słyszeć
wiązanki łaciny kuchennej, której nie powstydziliby się mistrzowie tej mowy.
Jednym słowem szybko wywiało mnie z balkonu do pokoju, a gdy wróciłem, wśród
ciszy stał okazały namiot otoczony 16-tonowymi wozami tworzącymi swoiste ogrodzenie.
- Ale cyrk!
– nieraz słyszymy w komentarzu na różne sytuacje lub wydarzenia nas otaczające
o wysokiej nieraz randze.
- O nie! –
zaprotestuję, mając na uwadze jak próbują przeżyć cyrki w obecnym,
scyfryzowanym świecie.
Sam
widziałem, jak powstał w ciągu dwóch godzin, stał 9 godzin, w ciągu których artyści dali dwa występy i
znikł w ciągu kolejnych dwóch.
Chciałbym,
by tak funkcjonowało wiele rzeczy w naszym kraju jak ten cyrk. Chyba, że ktoś
ma inne zdanie na ten temat.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Echa Powstania Warszawskiego.
Napiszę coś co jest z pozoru wyświechtanym frazesem, ale nieraz los krzyżuje ludzkie ścieżki w zaskakujący sposób.
Dzisiejszy dzień upamiętniający Powstanie Warszawskie od pewnego czasu stał mi się bliższy aniżeli bym mógł przypuszczać. Otóż piszę pewnej starszej Pani wspomnienia z jej życia, których kilka kart jest poświęconych jej udziałowi w tych tragicznych czasach.
Dostąpiłem zaszczytu usłyszenia żywych relacji z tamtych czasów z ust świadka, który tylko nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności przeżył tamte czasy. Jej spostrzeżenia i refleksje po latach pokazują na ile "człowieczy los" zależy od przypadku, szczęścia, zaangażowania oraz zachowania innych. Traumatyczne przeżycia, których nie chcielibyśmy przeżyć nawet w snach, a jednak pozostała osobą pogodną, wręcz wesołą - zawsze niosąca pomoc innym. Może dlatego przeżyła?
Dzisiejszy dzień upamiętniający Powstanie Warszawskie od pewnego czasu stał mi się bliższy aniżeli bym mógł przypuszczać. Otóż piszę pewnej starszej Pani wspomnienia z jej życia, których kilka kart jest poświęconych jej udziałowi w tych tragicznych czasach.
Dostąpiłem zaszczytu usłyszenia żywych relacji z tamtych czasów z ust świadka, który tylko nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności przeżył tamte czasy. Jej spostrzeżenia i refleksje po latach pokazują na ile "człowieczy los" zależy od przypadku, szczęścia, zaangażowania oraz zachowania innych. Traumatyczne przeżycia, których nie chcielibyśmy przeżyć nawet w snach, a jednak pozostała osobą pogodną, wręcz wesołą - zawsze niosąca pomoc innym. Może dlatego przeżyła?
czwartek, 11 lipca 2013
Bieg wydarzeń.
Można powiedzieć, że kończę kolejną powieść, a wraz z jej bohaterami zwiedziłem wiele ciekawych miejsc ( podobnie jak w poprzednich ) i poznałem szereg interesujących tematów, które bym nie poznał, gdyby nie bieg wydarzeń powieści.
Ale taką ciekawostką mógłbym rzec była chęć przejścia do momentu wyjaśniania scen początkowych, gdy tymczasem przez kilka wieczorów dochodziłem do tego miejsca budując napięcie i pokazując emocje.To tak jakby się chciało zjeść rodzynkę w cieście zjadając po kolei kawałki ciasta jej pozbawione.
Ale taką ciekawostką mógłbym rzec była chęć przejścia do momentu wyjaśniania scen początkowych, gdy tymczasem przez kilka wieczorów dochodziłem do tego miejsca budując napięcie i pokazując emocje.To tak jakby się chciało zjeść rodzynkę w cieście zjadając po kolei kawałki ciasta jej pozbawione.
niedziela, 23 czerwca 2013
Zarządzanie czasem.
Nie poruszę tematu z zakresu menedżerskiego, a krótkim opisem ostatnich godzin, w trakcie których postanowiłem zrobić kilka spraw. Wpierw zrobiłem kilka zdjęć księżyca na tle chmur, które nadały trochę upiornej atmosfery - będzie dobrą ilustracją do mojego horroru, który chcę napisać w przyszłości.
Północ zbliżała się szybkimi krokami, a zamierzałem jeszcze napisać jedną scenę ostatniej powieści rozgrywającej się akurat w Paryżu.
Ani się nie obejrzałem, jak stawiając kropkę, umknęła mi godzina.
Rankiem postanowiłem nadrobić "stracony czas" na robienie nocnych zdjęć i napisałem kolejną scenę. Potem proza życia ( śniadanie i inne obowiązki domowe ), po których pisze ten tekst. Muszę się śpieszyć, aby zdążyć jeszcze ukończyć filmik na YouTub ze zwiastunem drugiej powieści - mając nadzieję, że zmobilizuje on wydawcę do jej włączenia do planu wydawniczego. Ale króciutko, gdyż Dzień Ojca zobowiązuje.
Po powrocie, wieczorem, korzystając z ciszy nocnej, napiszę kolejną scenę. Za kilkanaście scen mam zamiar ukończyć wersję roboczą. A w tygodniu sprawy zawodowe, rodzinne i nieprzewidywalne. Gdy będę miał wolne, choćby pół godziny, napiszę dla Was kolejną scenę. Z czasem czytając je może przypomni się Wam ten fragment.
Północ zbliżała się szybkimi krokami, a zamierzałem jeszcze napisać jedną scenę ostatniej powieści rozgrywającej się akurat w Paryżu.
Ani się nie obejrzałem, jak stawiając kropkę, umknęła mi godzina.
Rankiem postanowiłem nadrobić "stracony czas" na robienie nocnych zdjęć i napisałem kolejną scenę. Potem proza życia ( śniadanie i inne obowiązki domowe ), po których pisze ten tekst. Muszę się śpieszyć, aby zdążyć jeszcze ukończyć filmik na YouTub ze zwiastunem drugiej powieści - mając nadzieję, że zmobilizuje on wydawcę do jej włączenia do planu wydawniczego. Ale króciutko, gdyż Dzień Ojca zobowiązuje.
Po powrocie, wieczorem, korzystając z ciszy nocnej, napiszę kolejną scenę. Za kilkanaście scen mam zamiar ukończyć wersję roboczą. A w tygodniu sprawy zawodowe, rodzinne i nieprzewidywalne. Gdy będę miał wolne, choćby pół godziny, napiszę dla Was kolejną scenę. Z czasem czytając je może przypomni się Wam ten fragment.
wtorek, 28 maja 2013
Barceloński korytarz
BARCELOŃSKI KORYTARZ
… Idąc korytarzem dla pilotów
barcelońskiego lotniska, nie miał już wątpliwości, że jest śledziony.
- Skąd mogli wiedzieć,
że jestem w Europie? – zastanawiał się szukając punktu zaczepienia. – Czyżby na
marne miał pójść mój wysiłek?
Analizę przerwał cichy
trzask zamykanych drzwi odgradzających korytarz od głównego holu lotniska.
- Pilot, czy agent? –
próbował zgadnąć znikając za kolejnym zakrętem.
Nacisnął klamkę
pierwszych drzwi mijanych po drodze, ale te nie stanęły przed nim otworem. Po
przeciwnej stronie także. Kroki za plecami, choć ciche, przyśpieszały. Pusty
korytarz był dobrym miejscem do jego likwidacji on jednak nie miał zamiaru tego
ułatwiać swojemu prześladowcy i skoczył do następnych drzwi usytuowanych z boku
korytarza.
- Co jest?! – syknął
zastając trzecie, zamknięte wejście do kolejnego pomieszczenia. – Święta mają,
czy co? – próbował uspokoić nerwy w komplikującej się sytuacji, jak miał w
zwyczaju robić to na polu walki.
Przed sobą zobaczył
kolejny zakręt, do którego miał z kilkanaście metrów i jak ocenił –
wystarczająco blisko, aby zdążyć się schować zanim tamten zdąży go zobaczyć.
Znikając za rogiem korytarzyka, rzucił okiem za siebie:
- Czysto. – stwierdził
Max łapiąc oddech.
Chwila wyczekiwania
pełnego napięcia w mgnieniu oka zmieniła jego ciało w maszynę i gdy blady cień był wystarczająco szeroki,
wystawił błyskawicznie głowę. W ułamku sekundy jego oko zdążyło zarejestrować w
mózgu ruch sylwetki składającej się do strzału. Wyrzut swego ciała na
przeciwległą ścianę zamortyzował wyciągniętymi dłońmi, natomiast uderzając w
nią barkiem, kosił już nogą dwie inne kończyny zaskoczonego osobnika
pozbawiając go tym samym równowagi, a przez to zmuszając także do wyrzucenia
przed siebie złożonych na rękojeści rąk. Padł stłumiony wystrzał, po którym
kula trafiła w ścianę robiąc parocentymetrowy otwór w odpryskującym tynku,
który musiał trafić tamtego w oczy, gdyż zaraz potem przysłonił je ręką.
Max, jako były
komandos, potrafił dobrze wykorzystać ten traf i wstając, niczym lew skoczył
tamtemu na plecy uderzają dłonią w jego kark. Głowa prześladowcy opadła
bezwładnie. Sprawdził puls, który nie zanikł. Wtedy dopiero usłyszał hałas
biegnących gdzieś za zakrętem ludzi. Nie miał zamiaru sprawdzać, co to za
jedni. Dobiegł do końca krętego korytarzyka wpadając na drzwi z napisem
„Wyjście”. Silne kopnięcie nogi w poprzeczną poręcz utorowało mu drogę na płytę
lotniska, gdzie miał stać jego samolot.
( epizod na podstawie drugiej,
nie opublikowanej powieści Mariana Nocoń ).
Subskrybuj:
Posty (Atom)