Dalsze ciekawostki autorskie Mariana A. Nocoń od czasu wydania swej pierwszej książki.
Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.
Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
niedziela, 21 grudnia 2014
niedziela, 26 października 2014
TARGI KSIĄŻKI 2014 W KRAKOWIE.
Za każdym razem jest inaczej
i wciąż jestem zaskakiwany interesującymi tematami, oczekiwaniami, wskazówkami,
spostrzeżeniami, które są dla mnie bardzo ważne. Nie po to, by lepiej
kokietować Czytelników, ale doskonalić swój warsztat, wybierać tematykę,
sprawdzać skuteczność intencji autorskiej z jej odbiorem.
Sobotni pobyt obfitował także
w planowane, niespełnione i przypadkowe spotkania z Pisarzami, Poetkami, Wydawcami
i Dystrybutorami oraz Znajomymi.
Widząc obfitość Wystawców, Pisarzy, Czytelników,
tytułów i książek, jestem za każdym razem podbudowany tą rzeszą czytelnictwa w
Polsce, nad którą tyle ostatnio utyskiwań. Częściej też było słychać pytania o książki
polskich autorów.
Z satysfakcją dodam, że
sześciogodzinny pobyt przemknął z prędkością wartkiej akcji powieści
sensacyjnej i zanim się obejrzałem musiałem pożegnać tą targową atmosferę z
książką u boku oczywiście.
Zatem do następnego roku!
Pozdrawiam Was drodzy Czytelnicy.
Marian
A. Nocoń piątek, 24 października 2014
Spotkanie autorskie 25.10.14 w Krakowie na Targach Książki.
Witajcie.
Jak wielu z Was, wybieram się także na Targi Książki w Krakowie. Będzie sposobność na spotkanie się jutro tj. 25.10.14 w hali "Wisła", na stoisku C29 w godzinach: 15.50 - 16.20.
Zapraszam, chętnie Was poznam drodzy Czytelnicy.
Do zobaczenia.
Marian A. Nocoń
http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/18-targi-ksiazki-w-krakowie/o-imprezie.html
Jak wielu z Was, wybieram się także na Targi Książki w Krakowie. Będzie sposobność na spotkanie się jutro tj. 25.10.14 w hali "Wisła", na stoisku C29 w godzinach: 15.50 - 16.20.
Zapraszam, chętnie Was poznam drodzy Czytelnicy.
Do zobaczenia.
Marian A. Nocoń
http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/18-targi-ksiazki-w-krakowie/o-imprezie.html
poniedziałek, 1 września 2014
1 września 1939
W rocznicę wybuchu II wojny światowej udostępniam mały fragment wspomnień świadka tamtych chwil, który zawarty został w przygotowywanej do wydania na początku przyszłego roku mojej książki:
"Pierwszego września dopiero,
co została nadana wiadomość o napaści Niemiec na Polskę, a zaraz po niej
zrzucono bomby na okolice Kielc. Spadła wówczas też jedna bomba na dom w samym mieście
- akurat budynek mojego stryja, wyrządzając mu spore szkody. Był to zresztą jedyny
dom mieszkalny w tym mieście trafiony bombą w trzydziestym dziewiątym. -
podkreśliła świadek tamtych dni, kontynuując. - Bomby wprawdzie skierowane były
przez Niemców na stację kolejową, jednak jak widać, tamtą zrzucili niecelnie. Jak
na ironię, mój stryj mający dom niedaleko tej stacji, kupił go nieco wcześniej po
sprzedaży dotychczasowego w Bydgoszczy, gdyż bał się, że tamten położony blisko granicy niemieckiej, naraża go na zbyt duże niebezpieczeństwo.
- Czysty przypadek? –
zastanowiłem się tylko na moment, bo już moje ucho zaczęło wyłapywać dalsze słowa
niesamowitej opowieści z barwnego życia Pani Ireny."
Jak się zachowała w tych chwilach mała, lokalna społeczność? Przyszły Czytelnik być może będzie zaskoczony, jednak takie były fakty, o czym będzie się można dowiedzieć z dalszego tekstu, który najprawdopodobniej w przyszłym roku zostanie wydany w formie książki. Wiele innych faktów tła historycznego, w którym przyszło żyć Bohaterce tych wspomnień, zostanie przedstawione oczyma młodej dziewczyny.
Polecam
Autor.
piątek, 22 sierpnia 2014
„NOC NOCY NIE RÓWNA”
Tuż przed północą odprowadzaliśmy z urodzin wujka i kilkoro członków
rodziny na autobus. Humory dopisywały, w głowie szumiało, śmialiśmy się, więc z
własnych dowcipów. Śnieg już leżał i było mroźno. Toteż mocno współczuliśmy pancerniakom,
którzy skądś się znaleźli na naszej drodze przejeżdżając liczną kolumną w
poprzek dużego ronda wojewódzkiego miasta.
Chcąc dodać im otuchy pomachaliśmy wierząc, że jadą na manewry. Jednak
patrzyli na nas śmiertelnie poważni, aż w końcu jeden z siedzących we włazie
wieżyczki, pogroził nam palcem w czarnej rękawiczce.
Zeszliśmy do podziemia, pod rondem. Dalszą drogę na przystanek i z
powrotem do domu przeszliśmy bez przeszkód. Ulice były opustoszałe, ale nie
dziwota w końcu była pierwsza w nocy. Wesolutcy położyliśmy się spać. Rano, nie
mogłem nic znaleźć w telewizorze. Dopiero później usłyszeliśmy złowieszcze
słowa generała.
W poniedziałek, poszedłem po ciemku do pracy na szóstą, a tu już na
bramie napięcie. Mnóstwo nieznanych ludzi, a najmniej ważnymi byli strażnicy,
którym nikt dotąd nie chciał się narażić. Wszedłem i zostałem … dwie doby.
Ostatnia noc była niezapomniana. Tuż po zmierzchu pełna mobilizacja.
Barykady, łącznicy, kaski i coś twardego w dłoniach. Warty, jak w harcerstwie.
Jednak z każdą godziną dochodziły do nas coraz gorsze informacje. Koło
osiemnastej, czekaliśmy na tych, co mieli nas odwiedzić z „Wujka”. Kilka
odpartych ataków podkręcało adrenalinę. Kiedy jednak ogrodzenie pokonały czołgi
i zaczęto strzelać, pobiegłem za innymi.
Jeszcze tej nocy, sterroryzowani, prowadzeni na rozstrzelanie, jak
wynikało z rozmowy sierżanta z porucznikiem, zostaliśmy odwiezieni na komendę.
Wracałem do domu rano, po „ścieżce zdrowia” i wielogodzinnych przesłuchaniach,
w trakcie, których mogłem stracić studia i zyskać fundowany obóz dla
internowanych. Dygocąc z zimna i nerwów od ciągłych zatrzymań przez patrole,
wszedłem do ciemnej klatki schodowej.
W ciągu trzech nocy zmienił się mój świat.
niedziela, 10 sierpnia 2014
EROZJA ŻYCIA.
Po zakończeniu cyklu tygodnia wspomnień powstańczych z Warszawy (więcej historii będzie można znaleźć w planowanym na początku przyszłego roku wydaniu książki wspomnień z życia Bohaterki, gdzie Powstanie będzie jednym z wielu historii), proponuję temat współczesny opisany w jednym z wielu mikroopowiadań i mikroopowieści. Tytułowa "Erozja Życia".
Do rodziców przyjechałam po dwudziestu latach
pobytu za granicą. Śmierć ojca zaskoczyła mnie w biznesowym biegu. Przyjechałam
sama. Mąż nie mógł odwołać ważnych spotkań, a dzieci postanowiłam nie zmuszać
do przyjazdu. W końcu to dorośli już ludzie.
Przez okno wypalonego z energii mieszkania matki
spojrzałam na opustoszały i zniszczony plac zabaw, w środku pięknego, letniego
dnia. Z rozrzewnieniem przypomniałam sobie czasy, gdy oprócz moich dzieci,
bawiła się tam wtedy liczna gromadka berbeci.
Miejsce widocznej stąd szkoły zastąpił dom opieki,
w którym załatwiłam miejsce dla mojej Rodzicielki. Melancholię dopełniało
zachmurzone niebo.
„Takie jest życie” podpowiadał rozsądek, a jednak
trudno mi było się z tym wszystkim pogodzić.
Wychodząc po raz ostatni z rodzinnego domu,
spotkałam starą sąsiadkę z piętra. Dziwne, ale od razu mnie poznała.
Dowiedziałam się od niej, że jest to już tylko osiedle starych ludzi.
Pożegnałam ten skansen z lżejszym sercem wracając
do tętniącej życiem przybranej ojczyzny.
Czy to już proza życia, czy
nieodległa przyszłość?
Marian A. Nocoń
czwartek, 7 sierpnia 2014
DZIEŃ SIÓDMY (7 sierpnia ’44)
Byłam tym wszystkim tak zdenerwowana, że chyba przez cztery - pięć dni
nic nie jadłam. Żyłam w otępieniu, przygnębieniu i ogromnym stresie obawiając
się, że lada moment znowu coś złego może się z nami przydarzyć. Nie mogliśmy
się czuć bezpiecznie, choć pozornie tak to wyglądało. Wojna rządzi się swoimi
regułami, a prawo silniejszego odbiera prawa słabszego. Dookoła nadal było
niespokojnie i choć bezpośrednie walki przesunęły się do Śródmieścia,
praktycznie w każdej chwili mógł wejść jakiś esesman i zabić wszystkich. Ot tak
sobie. Ten kolejny, straszny dzień wlókł się niemiłosiernie. Pod bokiem
mieliśmy niemiecki punkt sanitarny, w skrzydle rannych Powstańców i my bezbronni,
a nawet ze strony Polaków spotykaliśmy się wtedy z różnymi reakcjami. Niczego
nie można było być pewnym.
W ten poniedziałek wróciły też cztery
siostry zakonne - Szarytki, które zajęły się ponownie kuchnią. Tylko dzięki
temu, że wcześniej pochowały w zakamarkach zapasy żywności, miały co gotować dodając
nam sił, aż do momentu nadejścia pierwszych ludzi z miasta - zajmowanego znowu przez
Niemców.
Niemieccy lekarze odizolowali się w międzyczasie od nas, zajmując
niewielką część szpitala, stworzyli tam małą izbę chorych z łóżkami. Kuchnię
mieli własną, polową i nie korzystali z naszej. Był to punkt przejściowy
służący do przekazywania rannych żołnierzy transportom w głąb Rzeszy. Pozwolono
nam jedynie robić drobne opatrunki. Nie wtrącali się także do pochodzenia osób,
które docierały do naszego szpitala, co dało nam możliwość zwożenia rannych Powstańców.
Tamci byli tak zajęci frontem, że to tutaj było dla nich nie istotne. Dzięki
temu, mogliśmy funkcjonować niezależnie od nich, nie informując ich o naszej
sytuacji. Do tego stopnia, że jeden z niemieckich sierżantów pochodzący z Prus Wschodnich,
nazywający się Schulz, zaczął przywozić nam rannych swoją sanitarką będącą na
terenie naszego szpitala. Ów sierżant „Papa”, bo taki otrzymał przyjazny przydomek
dzięki wielkiej ofiarności - na granicy ryzyka utraty życia, mając dużą swobodę
i nie będąc kontrolowanym, przywoził papierosy rannym Powstańcom leżącym w
skrzydle. Pod koniec dnia przyszedł na opatrunek niemiecki żołnierz. Jak się
okazało Czech. Powiedział nam wówczas, że jesteśmy głupimi Polakami, gdyż
robimy powstania, a potem nic z tego nie mamy. Tylko masakra i śmierć. Wtedy
coś we mnie pękło i rozpłakałam się.
Był to dla
mnie przełomowy moment, bo właściwie od tego momentu zaczęłam jakoś normalniej
żyć. Poczułam głód, poczułam sens życia. Wtedy z koleżanką, zaczęłyśmy
wychodzić w rozpoznany teren, gdzie leżało jeszcze pełno trupów i zbierałyśmy
nieśmiertelniki, aby było wiadomo, kto tam poległ.
Ten kolejny odcinek z cyklu siedmiu
krótkich relacji z powstańczej peryferii (zamykający pierwszy tydzień Powstania Warszawskiego, który przeżyła Uczestniczka tamtych wydarzeń) na podstawie nieopublikowanych dotąd wspomnień pt.
„ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”, które ukażą się z początkiem przyszłego roku –
obejmującej okres sprzed I wojny światowej do lat osiemdziesiątych ubiegłego
stulecia.
Autor: Marian A. Nocoń
środa, 6 sierpnia 2014
DZIEŃ SZÓSTY (6 sierpnia ’44).
Kolejny
z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii na podstawie nie opublikowanych
dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”.
W końcu utkwiliśmy w jednym z punktów na całą noc. Był też z
nami ten austriacki lekarz, który ocalił nam życie. Rano niestety rozdzielono
nas i naszych doktorów skierowano do szpitala św. Stanisława, a my pozostałyśmy
na miejscu. Później, jak się okazało, lekarze poszli do innego szpitala. Po
wschodzie słońca kazano nam iść, ale nie wiedziałyśmy, dokąd. Idąc w
nierozpoznanym na początku kierunku, widziałyśmy pożary, dymy i trupy, choć
jakby było ich mniej, co mogło świadczyć, że je sprzątano. W końcu okazało się,
że skierowano nas … z powrotem do szpitala Wolskiego, gdzie ponownie
uruchamiano punkt dla rannych. Wróciłyśmy,
więc do punktu wyjścia, dzięki przypadkowi i niesamowitemu szczęściu.
Trafiłyśmy do naszego szpitala jeszcze nad ranem. Kiedy weszłyśmy do niego, wydawał
się pusty. Zastałyśmy tam tylko doktora Woźniewskiego, który uchował się dzięki
pewnemu małżeństwu, które dysponując listem żelaznym, otrzymało niemiecką eskortę
i lekarza nad ciężko chorą małżonką – właśnie tegoż doktora. Wnet wyszły z
ukrycia pielęgniarka i dwie położne, tworząc z nami zalążkowy personel
medyczny. Mając pod bokiem niemiecki punkt opatrunkowy dowodzony przez
Austriaka, który tylko doraźnie doglądał naszych czynności opatrunkowych.
Natomiast przyszedł do nas jakiś oficer niemiecki szukający u nas znanego
profesora Zeylanda. Wtedy rozgoryczony wcześniejszym „odkryciem” nasz lekarz
zaprowadził go do gabinetu dyrektora i pokazał mu jego zwłoki wraz ze zwłokami
dyrektora i kapelana szpitalnego, co wstrząsnęło Niemcem. Odszedł.
Zaistniała jeszcze sytuacja szczęśliwa.
W skrzydle szpitala odnaleziono pozostałych tam rannych - chyba z batalionu „Zośka”.
Esesmani, zajęci rabowaniem magazynów szpitalnych, przeoczyli to skrzydło. Dzięki
temu oni ocaleli. Nikogo więcej już los jednak
nie oszczędził.
wtorek, 5 sierpnia 2014
CZARNY DZIEŃ – PIĄTY (5 sierpnia ’44).
Tej relacji nie można
skrócić do kilku zdań, dlatego też tym razem przeniosę obszerniejsze fragmenty
ze spisanych wspomnień z życia mojej Bohaterki.
- Piąty dzień powstania na trwale wrył się w moją pamięć.- mówi
Uczestniczka tamtych dni.
- W sobotę, od
samego rana kontynuowano egzekucje mieszkańców przy sąsiedniej ulicy, na co
wskazywały liczne salwy i pojedyncze strzały. Zdawałam sobie sprawę, że z
każdym wystrzałem ktoś ginie. Starałam się, więc skupić na ogromie pracy, która
pozornie oddalała mnie od czarnych myśli, jednak podenerwowanie trudno było mi ukryć.
Nie stawiałam sobie pytań, na które nie mogłabym odpowiedzieć. Po południu,
gdzieś około 13.30, do naszego Szpitala Wolskiego wtargnęli esesmani i rozbiegli
się po wszystkich oddziałach, każąc nam się zbierać i natychmiast wychodzić.
Padły też pierwsze strzały na terenie szpitala - z kierunku gabinetu dyrektora.
Zdezorientowana, przez moment obserwowałam esesmanów, którzy nie
mieli skrupułów wobec chorych. Kazano wszystkim wstać z łóżek i iść. W ogromnym
zamieszaniu zeszłam do holu szpitala, gdzie nas wszystkich zebrano. Od razu
oddzielono od nas chorych oraz cywili. Ustawiono w grupy i nakazano wyjść na
ulicę.
Ciężko chorych, po operacjach, zabijano przy najmniejszym
zasłabnięciu. Ci, którzy walczyli z całych sił i zdołali jakoś wyjść ze
szpitala, potem ginęli od kul oprawców, jeśli tylko przez moment utracili siły
w nogach. Nie można było im w żaden sposób pomóc, gdyż działo się to w
atmosferze terroru, przy morderczej bezwzględności, a humanitarne odruchy były
natychmiast gaszone kulą lub uderzeniem kolby. Wstrząsające to były sceny.
Jednak
nie był to jeszcze koniec tych strasznych chwil i widoków tego dnia, których
nie mogę zapomnieć pomimo upływu ponad 70 lat od tamtych wydarzeń. Idąc wtedy w
kolumnie pod eskortą ulicą Górczewską zobaczyłam najmakabryczniejszą rzecz,
jaką przeżyłam w czasie wojny: chodniki usiane były trupami ludzi (kobiet, mężczyzn
i dzieci), których Niemcy wyciągnęli wcześniej z okolicznych budynków. W pewnym
momencie, wśród tego okropnego widoku
dostrzegłam ciało zastrzelonej kobiety, która wciąż miała rękę zawieszoną na
latarni, jakby się jej trzymała jedną ręką, a na drugiej miała również
zastrzelone niemowlę. Oboje zastygli w śmiertelnej pozie wyrażającej tragizm i
heroizm jednocześnie. Widok był niesamowity. Mijałam ich w milczeniu, wpatrzona
i wstrząśnięta, przez chwilę zapomniałam o swym niepewnym losie. Wzrok
oderwałam od nich dopiero, kiedy padł w pobliżu kolejny strzał, po którym ktoś
upadł. Esesmani, co chwilę strzelali do rannych z naszego szpitala, którzy nie
potrafili już iść dalej. A byli to przeważnie ciężko chorzy, wśród których
znajdowali się też wspomniani wcześniej ranni pacjenci ocalali z egzekucji przy
ulicy Wolskiej. Ich głęboki dramat odcisnął swe podwójne piętno pomiędzy
uciekającym życiem, a prześladującą śmiercią.
Szliśmy
dalej w kierunku ulicy Okopowej pod lufami innych żołnierzy, jeśli tak ich w
ogóle można było nazwać tych oprawców, z kompanii Dirlewangera. Byli to
przeważnie jacyś Kałmucy z SS, zabijający na naszych oczach z zimną krwią.
Bezwzględność, z jaką wręcz katrupili nie pozostawiała złudzeń, co będzie z
nami. Ich bezkarność była porażająca, a cyniczne uśmiechy wyrażały pogardę dla
naszego życia. Wprowadzeni w ulicę Okopową, szliśmy jej dołem, po obu stronach
mając nasypy tworząc mały wąwóz. Górą kroczyli oprawcy z wycelowanymi w nas
karabinami, czekając tylko na najdrobniejszy pretekst, aby zabić. Chociażby za
zbyt długie spojrzenie. Szłam otępiona okrucieństwem, bezsilnością, brakiem
nadziei.
Wtem
kazano się nam zatrzymać i w niesamowitych okolicznościach zostałam ocalona.
Zbieg okoliczności sprawił, że zoperowany żołnierz niemiecki przyniesiony na
noszach zażądał wyprowadzenia z kolumny operującego go lekarza, a ten wskazał
na swojego kolegę, moją szefową i mnie – jako zespół operujący.
Oddzielono
nas wtedy od reszty i doprowadzono pod eskortą do opuszczonej willi jakiegoś
fabrykanta. Pozostałych skierowano do hali po prawej stronie. Była to duża
hala, właściwie już poza miastem. Willa, do której nas doprowadzono, była zajęta
była przez sztab niemieckich lekarzy. Był to ich tymczasowy punkt. Naszą w
czwórkę wsadzili do pomieszczenia, sąsiadującego tuż obok z drugim, które
oddzielały cienkie drzwi, spod których wyzierała szczelina przepuszczająca
każde słowo. Wtedy gra o nasze życie rozpoczęła się na nowo. Dwaj sprzeczający
się ze sobą lekarze – oficerowie niemieccy – prowadzili ostry spór o to, czy
nas zlikwidować, czy zostawić do pomocy. Drugi raz mój, nasz los tego dnia
zawisł na włosku.
W
końcu wyższy rangą Austriak obronił nas przez zakusami rodowitego Niemca.
Egzekucje odbywały się po drugiej stronie ulicy, w hali
fabrycznej, do której spędzono personel i chorych z naszego szpitala. Tam
początkowo przetrzymywano ludzi przewidzianych do rozstrzelania, a potem
zaczęli wyprowadzać wpierw mężczyzn i ich rozstrzeliwać, natomiast kobiety
zostawili na koniec - trzymając je w śmiertelnej niepewności, bowiem wcześniej
rozstrzeliwali także kobiety i dzieci wprost na ulicy. Mój los był też wciąż
niepewny, jak i nas wszystkich, jednak starałam się nie poddawać paraliżującemu
strachowi. Taki to był ten nasz straszny dzień związany z odwetem za Powstanie,
jakiego pomimo wcześniejszego okupacyjnego terroru, jeszcze nie zaznaliśmy.
Do nocy parę razy nas przenoszono do innych punktów
sanitarnych i za każdym razem nie byliśmy pewni, czy aby eskortujący nas wśród
stosów trupów żołnierz, nie pociągnie za spust.
(Więcej szczegółów
zawartych będzie w przyszłej książce Autora)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
