Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.

Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)

Pozdrawiam


Marian A.Nocoń

niedziela, 26 października 2014

TARGI KSIĄŻKI 2014 W KRAKOWIE.



Mając za sobą kilkuletnią już tradycję odwiedzania tej imprezy - trafiłem na Międzynarodowe Targi Książki     w Krakowie. Spotkanie autorskie z Czytelnikami zobowiązuje, ale jest też dobrą okazją do porozmawiania na temat Waszych wrażeń po przeczytaniu tego, co napisałem lub też jak powstawało.
   
Za każdym razem jest inaczej i wciąż jestem zaskakiwany interesującymi tematami, oczekiwaniami, wskazówkami, spostrzeżeniami, które są dla mnie bardzo ważne. Nie po to, by lepiej kokietować Czytelników, ale doskonalić swój warsztat, wybierać tematykę, sprawdzać skuteczność intencji autorskiej z jej odbiorem.
   Sobotni pobyt obfitował także w planowane, niespełnione i przypadkowe spotkania           z Pisarzami, Poetkami, Wydawcami i Dystrybutorami oraz Znajomymi.  
    Widząc obfitość Wystawców, Pisarzy, Czytelników, tytułów i książek, jestem za każdym razem podbudowany tą rzeszą czytelnictwa w Polsce, nad którą tyle ostatnio utyskiwań. Częściej też było słychać pytania o książki polskich autorów.  
    Z satysfakcją dodam, że sześciogodzinny pobyt przemknął z prędkością wartkiej akcji powieści sensacyjnej i zanim się obejrzałem musiałem pożegnać tą targową atmosferę      z książką u boku oczywiście.
Zatem do następnego roku!

Pozdrawiam Was drodzy Czytelnicy.
Marian A. Nocoń 

piątek, 24 października 2014

Spotkanie autorskie 25.10.14 w Krakowie na Targach Książki.

Witajcie.

Jak wielu z Was, wybieram się także na Targi Książki w Krakowie. Będzie sposobność na spotkanie się jutro tj. 25.10.14 w hali "Wisła", na stoisku C29 w godzinach: 15.50 - 16.20.
Zapraszam, chętnie Was poznam drodzy Czytelnicy.

Do zobaczenia.
Marian A. Nocoń
http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/18-targi-ksiazki-w-krakowie/o-imprezie.html

poniedziałek, 1 września 2014

1 września 1939

W rocznicę wybuchu II wojny światowej udostępniam mały fragment wspomnień świadka tamtych chwil, który zawarty został w przygotowywanej do wydania na początku przyszłego roku mojej książki:

  "Pierwszego września dopiero, co została nadana wiadomość o napaści Niemiec na Polskę, a zaraz po niej zrzucono bomby na okolice Kielc. Spadła wówczas też jedna bomba na dom w samym mieście - akurat budynek mojego stryja, wyrządzając mu spore szkody. Był to zresztą jedyny dom mieszkalny w tym mieście trafiony bombą w trzydziestym dziewiątym. - podkreśliła świadek tamtych dni, kontynuując. - Bomby wprawdzie skierowane były przez Niemców na stację kolejową, jednak jak widać, tamtą zrzucili niecelnie. Jak na ironię, mój stryj mający dom niedaleko tej stacji, kupił go nieco wcześniej po sprzedaży dotychczasowego w Bydgoszczy, gdyż bał się, że tamten położony blisko granicy niemieckiej, naraża go na zbyt duże niebezpieczeństwo.  

- Czysty przypadek? – zastanowiłem się tylko na moment, bo już moje ucho zaczęło wyłapywać dalsze słowa niesamowitej opowieści z barwnego życia Pani Ireny."
  
Jak się zachowała w tych chwilach mała, lokalna społeczność? Przyszły Czytelnik być może będzie zaskoczony, jednak takie były fakty, o czym będzie się można dowiedzieć z dalszego tekstu, który najprawdopodobniej w przyszłym roku zostanie wydany w formie książki. Wiele innych faktów tła historycznego, w którym przyszło żyć Bohaterce tych wspomnień, zostanie przedstawione oczyma młodej dziewczyny.
Polecam
Autor. 

piątek, 22 sierpnia 2014

„NOC NOCY NIE RÓWNA”



Tuż przed północą odprowadzaliśmy z urodzin wujka i kilkoro członków rodziny na autobus. Humory dopisywały, w głowie szumiało, śmialiśmy się, więc z własnych dowcipów. Śnieg już leżał i było mroźno. Toteż mocno współczuliśmy pancerniakom, którzy skądś się znaleźli na naszej drodze przejeżdżając liczną kolumną w poprzek dużego ronda wojewódzkiego miasta.
Chcąc dodać im otuchy pomachaliśmy wierząc, że jadą na manewry. Jednak patrzyli na nas śmiertelnie poważni, aż w końcu jeden z siedzących we włazie wieżyczki, pogroził nam palcem w czarnej rękawiczce.
Zeszliśmy do podziemia, pod rondem. Dalszą drogę na przystanek i z powrotem do domu przeszliśmy bez przeszkód. Ulice były opustoszałe, ale nie dziwota w końcu była pierwsza w nocy. Wesolutcy położyliśmy się spać. Rano, nie mogłem nic znaleźć w telewizorze. Dopiero później usłyszeliśmy złowieszcze słowa generała.
W poniedziałek, poszedłem po ciemku do pracy na szóstą, a tu już na bramie napięcie. Mnóstwo nieznanych ludzi, a najmniej ważnymi byli strażnicy, którym nikt dotąd nie chciał się narażić. Wszedłem i zostałem … dwie doby.
Ostatnia noc była niezapomniana. Tuż po zmierzchu pełna mobilizacja. Barykady, łącznicy, kaski i coś twardego w dłoniach. Warty, jak w harcerstwie. Jednak z każdą godziną dochodziły do nas coraz gorsze informacje. Koło osiemnastej, czekaliśmy na tych, co mieli nas odwiedzić z „Wujka”. Kilka odpartych ataków podkręcało adrenalinę. Kiedy jednak ogrodzenie pokonały czołgi i zaczęto strzelać, pobiegłem za innymi.
Jeszcze tej nocy, sterroryzowani, prowadzeni na rozstrzelanie, jak wynikało z rozmowy sierżanta z porucznikiem, zostaliśmy odwiezieni na komendę. Wracałem do domu rano, po „ścieżce zdrowia” i wielogodzinnych przesłuchaniach, w trakcie, których mogłem stracić studia i zyskać fundowany obóz dla internowanych. Dygocąc z zimna i nerwów od ciągłych zatrzymań przez patrole, wszedłem do ciemnej klatki schodowej.
W ciągu trzech nocy zmienił się mój świat.

niedziela, 10 sierpnia 2014

EROZJA ŻYCIA.

Po zakończeniu cyklu tygodnia wspomnień powstańczych z Warszawy (więcej historii będzie można znaleźć w planowanym na początku przyszłego roku wydaniu książki wspomnień z życia Bohaterki, gdzie Powstanie będzie jednym z wielu historii), proponuję temat współczesny opisany w jednym z wielu mikroopowiadań i mikroopowieści. Tytułowa "Erozja Życia".

Do rodziców przyjechałam po dwudziestu latach pobytu za granicą. Śmierć ojca zaskoczyła mnie w biznesowym biegu. Przyjechałam sama. Mąż nie mógł odwołać ważnych spotkań, a dzieci postanowiłam nie zmuszać do przyjazdu. W końcu to dorośli już ludzie.
Przez okno wypalonego z energii mieszkania matki spojrzałam na opustoszały i zniszczony plac zabaw, w środku pięknego, letniego dnia. Z rozrzewnieniem przypomniałam sobie czasy, gdy oprócz moich dzieci, bawiła się tam wtedy liczna gromadka berbeci.
Miejsce widocznej stąd szkoły zastąpił dom opieki, w którym załatwiłam miejsce dla mojej Rodzicielki. Melancholię dopełniało zachmurzone niebo.
„Takie jest życie” podpowiadał rozsądek, a jednak trudno mi było się z tym wszystkim pogodzić.
Wychodząc po raz ostatni z rodzinnego domu, spotkałam starą sąsiadkę z piętra. Dziwne, ale od razu mnie poznała. Dowiedziałam się od niej, że jest to już tylko osiedle starych ludzi.
Pożegnałam ten skansen z lżejszym sercem wracając do tętniącej życiem przybranej ojczyzny.


Czy to już proza życia, czy nieodległa przyszłość?

Marian A. Nocoń

czwartek, 7 sierpnia 2014

DZIEŃ SIÓDMY (7 sierpnia ’44)

Byłam tym wszystkim tak zdenerwowana, że chyba przez cztery - pięć dni nic nie jadłam. Żyłam w otępieniu, przygnębieniu i ogromnym stresie obawiając się, że lada moment znowu coś złego może się z nami przydarzyć. Nie mogliśmy się czuć bezpiecznie, choć pozornie tak to wyglądało. Wojna rządzi się swoimi regułami, a prawo silniejszego odbiera prawa słabszego. Dookoła nadal było niespokojnie i choć bezpośrednie walki przesunęły się do Śródmieścia, praktycznie w każdej chwili mógł wejść jakiś esesman i zabić wszystkich. Ot tak sobie. Ten kolejny, straszny dzień wlókł się niemiłosiernie. Pod bokiem mieliśmy niemiecki punkt sanitarny, w skrzydle rannych Powstańców i my bezbronni, a nawet ze strony Polaków spotykaliśmy się wtedy z różnymi reakcjami. Niczego nie można było być pewnym.

 W ten poniedziałek wróciły też cztery siostry zakonne - Szarytki, które zajęły się ponownie kuchnią. Tylko dzięki temu, że wcześniej pochowały w zakamarkach zapasy żywności, miały co gotować dodając nam sił, aż do momentu nadejścia pierwszych ludzi z miasta - zajmowanego znowu przez Niemców.
Niemieccy lekarze odizolowali się w międzyczasie od nas, zajmując niewielką część szpitala, stworzyli tam małą izbę chorych z łóżkami. Kuchnię mieli własną, polową i nie korzystali z naszej. Był to punkt przejściowy służący do przekazywania rannych żołnierzy transportom w głąb Rzeszy. Pozwolono nam jedynie robić drobne opatrunki. Nie wtrącali się także do pochodzenia osób, które docierały do naszego szpitala, co dało nam możliwość zwożenia rannych Powstańców. Tamci byli tak zajęci frontem, że to tutaj było dla nich nie istotne. Dzięki temu, mogliśmy funkcjonować niezależnie od nich, nie informując ich o naszej sytuacji. Do tego stopnia, że jeden z niemieckich sierżantów pochodzący z Prus Wschodnich, nazywający się Schulz, zaczął przywozić nam rannych swoją sanitarką będącą na terenie naszego szpitala. Ów sierżant „Papa”, bo taki otrzymał przyjazny przydomek dzięki wielkiej ofiarności - na granicy ryzyka utraty życia, mając dużą swobodę i nie będąc kontrolowanym, przywoził papierosy rannym Powstańcom leżącym w skrzydle. Pod koniec dnia przyszedł na opatrunek niemiecki żołnierz. Jak się okazało Czech. Powiedział nam wówczas, że jesteśmy głupimi Polakami, gdyż robimy powstania, a potem nic z tego nie mamy. Tylko masakra i śmierć. Wtedy coś we mnie pękło i rozpłakałam się. 
Był to dla mnie przełomowy moment, bo właściwie od tego momentu zaczęłam jakoś normalniej żyć. Poczułam głód, poczułam sens życia. Wtedy z koleżanką, zaczęłyśmy wychodzić w rozpoznany teren, gdzie leżało jeszcze pełno trupów i zbierałyśmy nieśmiertelniki, aby było wiadomo, kto tam poległ.

Ten kolejny odcinek z cyklu siedmiu krótkich relacji z powstańczej peryferii (zamykający pierwszy tydzień Powstania Warszawskiego, który przeżyła Uczestniczka tamtych wydarzeń) na podstawie nieopublikowanych dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”, które ukażą się z początkiem przyszłego roku – obejmującej okres sprzed I wojny światowej do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.    
Autor: Marian A. Nocoń

środa, 6 sierpnia 2014

DZIEŃ SZÓSTY (6 sierpnia ’44).

Kolejny z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii na podstawie nie opublikowanych dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”.   

W końcu utkwiliśmy w jednym z punktów na całą noc. Był też z nami ten austriacki lekarz, który ocalił nam życie. Rano niestety rozdzielono nas i naszych doktorów skierowano do szpitala św. Stanisława, a my pozostałyśmy na miejscu. Później, jak się okazało, lekarze poszli do innego szpitala. Po wschodzie słońca kazano nam iść, ale nie wiedziałyśmy, dokąd. Idąc w nierozpoznanym na początku kierunku, widziałyśmy pożary, dymy i trupy, choć jakby było ich mniej, co mogło świadczyć, że je sprzątano. W końcu okazało się, że skierowano nas … z powrotem do szpitala Wolskiego, gdzie ponownie uruchamiano punkt dla rannych.  Wróciłyśmy, więc do punktu wyjścia, dzięki przypadkowi i niesamowitemu szczęściu. Trafiłyśmy do naszego szpitala jeszcze nad ranem. Kiedy weszłyśmy do niego, wydawał się pusty. Zastałyśmy tam tylko doktora Woźniewskiego, który uchował się dzięki pewnemu małżeństwu, które dysponując listem żelaznym, otrzymało niemiecką eskortę i lekarza nad ciężko chorą małżonką – właśnie tegoż doktora. Wnet wyszły z ukrycia pielęgniarka i dwie położne, tworząc z nami zalążkowy personel medyczny. Mając pod bokiem niemiecki punkt opatrunkowy dowodzony przez Austriaka, który tylko doraźnie doglądał naszych czynności opatrunkowych. Natomiast przyszedł do nas jakiś oficer niemiecki szukający u nas znanego profesora Zeylanda. Wtedy rozgoryczony wcześniejszym „odkryciem” nasz lekarz zaprowadził go do gabinetu dyrektora i pokazał mu jego zwłoki wraz ze zwłokami dyrektora i kapelana szpitalnego, co wstrząsnęło Niemcem. Odszedł.
Zaistniała jeszcze sytuacja szczęśliwa. W skrzydle szpitala odnaleziono pozostałych tam rannych - chyba z batalionu „Zośka”. Esesmani, zajęci rabowaniem magazynów szpitalnych, przeoczyli to skrzydło. Dzięki temu oni ocaleli.  Nikogo więcej już los jednak nie oszczędził. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

CZARNY DZIEŃ – PIĄTY (5 sierpnia ’44).



Tej relacji nie można skrócić do kilku zdań, dlatego też tym razem przeniosę obszerniejsze fragmenty ze spisanych wspomnień z życia mojej Bohaterki.
- Piąty dzień powstania na trwale wrył się w moją pamięć.- mówi Uczestniczka tamtych dni. 
-  W sobotę, od samego rana kontynuowano egzekucje mieszkańców przy sąsiedniej ulicy, na co wskazywały liczne salwy i pojedyncze strzały. Zdawałam sobie sprawę, że z każdym wystrzałem ktoś ginie. Starałam się, więc skupić na ogromie pracy, która pozornie oddalała mnie od czarnych myśli, jednak podenerwowanie trudno było mi ukryć. Nie stawiałam sobie pytań, na które nie mogłabym odpowiedzieć. Po południu, gdzieś około 13.30, do naszego Szpitala Wolskiego wtargnęli esesmani i rozbiegli się po wszystkich oddziałach, każąc nam się zbierać i natychmiast wychodzić. Padły też pierwsze strzały na terenie szpitala - z kierunku gabinetu dyrektora. 
Zdezorientowana, przez moment obserwowałam esesmanów, którzy nie mieli skrupułów wobec chorych. Kazano wszystkim wstać z łóżek i iść. W ogromnym zamieszaniu zeszłam do holu szpitala, gdzie nas wszystkich zebrano. Od razu oddzielono od nas chorych oraz cywili. Ustawiono w grupy i nakazano wyjść na ulicę.
Ciężko chorych, po operacjach, zabijano przy najmniejszym zasłabnięciu. Ci, którzy walczyli z całych sił i zdołali jakoś wyjść ze szpitala, potem ginęli od kul oprawców, jeśli tylko przez moment utracili siły w nogach. Nie można było im w żaden sposób pomóc, gdyż działo się to w atmosferze terroru, przy morderczej bezwzględności, a humanitarne odruchy były natychmiast gaszone kulą lub uderzeniem kolby. Wstrząsające to były sceny.
Jednak nie był to jeszcze koniec tych strasznych chwil i widoków tego dnia, których nie mogę zapomnieć pomimo upływu ponad 70 lat od tamtych wydarzeń. Idąc wtedy w kolumnie pod eskortą ulicą Górczewską zobaczyłam najmakabryczniejszą rzecz, jaką przeżyłam w czasie wojny: chodniki usiane były trupami ludzi (kobiet, mężczyzn i dzieci), których Niemcy wyciągnęli wcześniej z okolicznych budynków. W pewnym momencie, wśród tego okropnego  widoku dostrzegłam ciało zastrzelonej kobiety, która wciąż miała rękę zawieszoną na latarni, jakby się jej trzymała jedną ręką, a na drugiej miała również zastrzelone niemowlę. Oboje zastygli w śmiertelnej pozie wyrażającej tragizm i heroizm jednocześnie. Widok był niesamowity. Mijałam ich w milczeniu, wpatrzona i wstrząśnięta, przez chwilę zapomniałam o swym niepewnym losie. Wzrok oderwałam od nich dopiero, kiedy padł w pobliżu kolejny strzał, po którym ktoś upadł. Esesmani, co chwilę strzelali do rannych z naszego szpitala, którzy nie potrafili już iść dalej. A byli to przeważnie ciężko chorzy, wśród których znajdowali się też wspomniani wcześniej ranni pacjenci ocalali z egzekucji przy ulicy Wolskiej. Ich głęboki dramat odcisnął swe podwójne piętno pomiędzy uciekającym życiem, a prześladującą śmiercią.
Szliśmy dalej w kierunku ulicy Okopowej pod lufami innych żołnierzy, jeśli tak ich w ogóle można było nazwać tych oprawców, z kompanii Dirlewangera. Byli to przeważnie jacyś Kałmucy z SS, zabijający na naszych oczach z zimną krwią. Bezwzględność, z jaką wręcz katrupili nie pozostawiała złudzeń, co będzie z nami. Ich bezkarność była porażająca, a cyniczne uśmiechy wyrażały pogardę dla naszego życia. Wprowadzeni w ulicę Okopową, szliśmy jej dołem, po obu stronach mając nasypy tworząc mały wąwóz. Górą kroczyli oprawcy z wycelowanymi w nas karabinami, czekając tylko na najdrobniejszy pretekst, aby zabić. Chociażby za zbyt długie spojrzenie. Szłam otępiona okrucieństwem, bezsilnością, brakiem nadziei.
Wtem kazano się nam zatrzymać i w niesamowitych okolicznościach zostałam ocalona. Zbieg okoliczności sprawił, że zoperowany żołnierz niemiecki przyniesiony na noszach zażądał wyprowadzenia z kolumny operującego go lekarza, a ten wskazał na swojego kolegę, moją szefową i mnie – jako zespół operujący.  
Oddzielono nas wtedy od reszty i doprowadzono pod eskortą do opuszczonej willi jakiegoś fabrykanta. Pozostałych skierowano do hali po prawej stronie. Była to duża hala, właściwie już poza miastem. Willa, do której nas doprowadzono, była zajęta była przez sztab niemieckich lekarzy. Był to ich tymczasowy punkt. Naszą w czwórkę wsadzili do pomieszczenia, sąsiadującego tuż obok z drugim, które oddzielały cienkie drzwi, spod których wyzierała szczelina przepuszczająca każde słowo. Wtedy gra o nasze życie rozpoczęła się na nowo. Dwaj sprzeczający się ze sobą lekarze – oficerowie niemieccy – prowadzili ostry spór o to, czy nas zlikwidować, czy zostawić do pomocy. Drugi raz mój, nasz los tego dnia zawisł na włosku.
W końcu wyższy rangą Austriak obronił nas przez zakusami rodowitego Niemca.
Egzekucje odbywały się po drugiej stronie ulicy, w hali fabrycznej, do której spędzono personel i chorych z naszego szpitala. Tam początkowo przetrzymywano ludzi przewidzianych do rozstrzelania, a potem zaczęli wyprowadzać wpierw mężczyzn i ich rozstrzeliwać, natomiast kobiety zostawili na koniec - trzymając je w śmiertelnej niepewności, bowiem wcześniej rozstrzeliwali także kobiety i dzieci wprost na ulicy. Mój los był też wciąż niepewny, jak i nas wszystkich, jednak starałam się nie poddawać paraliżującemu strachowi. Taki  to był ten nasz straszny dzień związany z odwetem za Powstanie, jakiego pomimo wcześniejszego okupacyjnego terroru, jeszcze nie zaznaliśmy.
Do nocy parę razy nas przenoszono do innych punktów sanitarnych i za każdym razem nie byliśmy pewni, czy aby eskortujący nas wśród stosów trupów żołnierz, nie pociągnie za spust.
(Więcej szczegółów zawartych będzie w przyszłej książce Autora)