Kolejny
z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii na podstawie nie opublikowanych
dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”.
W końcu utkwiliśmy w jednym z punktów na całą noc. Był też z
nami ten austriacki lekarz, który ocalił nam życie. Rano niestety rozdzielono
nas i naszych doktorów skierowano do szpitala św. Stanisława, a my pozostałyśmy
na miejscu. Później, jak się okazało, lekarze poszli do innego szpitala. Po
wschodzie słońca kazano nam iść, ale nie wiedziałyśmy, dokąd. Idąc w
nierozpoznanym na początku kierunku, widziałyśmy pożary, dymy i trupy, choć
jakby było ich mniej, co mogło świadczyć, że je sprzątano. W końcu okazało się,
że skierowano nas … z powrotem do szpitala Wolskiego, gdzie ponownie
uruchamiano punkt dla rannych. Wróciłyśmy,
więc do punktu wyjścia, dzięki przypadkowi i niesamowitemu szczęściu.
Trafiłyśmy do naszego szpitala jeszcze nad ranem. Kiedy weszłyśmy do niego, wydawał
się pusty. Zastałyśmy tam tylko doktora Woźniewskiego, który uchował się dzięki
pewnemu małżeństwu, które dysponując listem żelaznym, otrzymało niemiecką eskortę
i lekarza nad ciężko chorą małżonką – właśnie tegoż doktora. Wnet wyszły z
ukrycia pielęgniarka i dwie położne, tworząc z nami zalążkowy personel
medyczny. Mając pod bokiem niemiecki punkt opatrunkowy dowodzony przez
Austriaka, który tylko doraźnie doglądał naszych czynności opatrunkowych.
Natomiast przyszedł do nas jakiś oficer niemiecki szukający u nas znanego
profesora Zeylanda. Wtedy rozgoryczony wcześniejszym „odkryciem” nasz lekarz
zaprowadził go do gabinetu dyrektora i pokazał mu jego zwłoki wraz ze zwłokami
dyrektora i kapelana szpitalnego, co wstrząsnęło Niemcem. Odszedł.
Zaistniała jeszcze sytuacja szczęśliwa.
W skrzydle szpitala odnaleziono pozostałych tam rannych - chyba z batalionu „Zośka”.
Esesmani, zajęci rabowaniem magazynów szpitalnych, przeoczyli to skrzydło. Dzięki
temu oni ocaleli. Nikogo więcej już los jednak
nie oszczędził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz