Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.

Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)

Pozdrawiam


Marian A.Nocoń

czwartek, 31 lipca 2014

POWSTAŃCZE PERYFERIA ’44. - Przeddzień

Zgodnie z moją zapowiedzią poniżej zamieszczam pierwsze z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii (na podstawie nie opublikowanych dotąd wspomnień Uczestniczki wydarzeń z czasów Powstania Warszawskiego) - na podstawie przekrojowego zbioru niepublikowanych dotąd wspomnień Jej życia pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”. 
Marian A. Nocoń  

PRZEDDZIEŃ (31 lipca 1944 r.).
Wracając nocą z rodzinnych stron na Kielecczyźnie, po wielu perturbacjach w podróży koleją, rozglądałam się nerwowo po warszawskiej ulicy wypatrując niemieckich patroli, których zwykle było pełno.
- Jakby się pochowali. – pomyślałam zdziwiona.
Ryzykowałam życie, nie mając racjonalnego powodu przebywania po godzinie policyjnej. Już w domu dużo mnie kosztowało przekonanie samotnej matki, że muszę wrócić do Warszawy. Czułam  jednak wewnętrzny obowiązek niesienia pomocy „w razie czego”, bo coraz częściej słyszałam, że może wybuchnąć powstanie. Dwa lata nauki w stołecznej szkole pielęgniarskiej, podczas faszystowskiej okupacji, także i u mnie wywoływały wyzwoleńcze nadzieje. Chciałam tu być, gdyż miałam zamiar pomóc Powstańcom, kiedy będą tego potrzebowali. Taki nakaz dwudziestotrzylatki wychowanej w polskiej tradycji od pokoleń. Wcześniej, po dwóch tygodniach wdrażania się do pracy jako instrumentariuszka, pierwszego sierpnia miałam objąć pierwszy swój dyżur pielęgniarski.

Była ciepła, niedzielna noc. Kotłowały się we mnie emocje, ale dziwny spokój ulicy napawał mnie optymizmem. Bez przeszkód dotarłam do małego mieszkania nieopodal szpitala. Zasnęłam głęboko  po ciężkim dniu, pozostawiając bezpieczne pielesze.
Opracował Autor.  

poniedziałek, 28 lipca 2014

Relacje powstańcze.

ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.
Dzięki relacji żyjącego świadka, od 1 sierpnia, codziennie przez tydzień, będę pokrótce relacjonował tamte chwile z obrzeży powstańczej Warszawy.

Zainteresowanych zapraszam do lektury

niedziela, 20 lipca 2014

Sobota

Wczorajszy, sobotni dzień, był dla mnie udany. Trafiając w odludne miejsce na łonie natury mieliśmy się tylko pławić w kapieli słonecznej. Jednak warkot silników wywabił mnie na kamienisty teren byłych kamiełomowów, gdzie liczni zawodnicy pokonywali z mozołem na swych motocyklach, wyznaczone odcinki pucharu krosowego kraju.
Zdjęcia robiłem, aż do rozładowania baterii. Niewyczerpany wracałem przez rozgrzaną łąkę pełną traw, ziół i kwiatów. Żar płynący z nieba osłodziły mi czarne jerzyny. Dotarłem do Małżonki i w cieniu dużego krzewu napisałem mikroopowiadanie o chłodnej toni oceanu. Po południu fragment przedwojennych wspomnień pewnej seniorki, a wieczorem przepisałem kawałek najnowszej powieści. Uff, jak gorąco (31 stopni, 19 lipiec 2014).   

sobota, 7 grudnia 2013



PORYW.
Pisząc treści będące z dala od tego, co się dzieje za oknem, usłyszałem szum wiatru. Wyjrzałem z za firany i moim oczom ukazały się nisko pochylone gałęzie krzaków oświetlone żółtawym światłem latarni. 
- Jak dobrze być tutaj. – pomyślałem o ciepłym i jasnym pokoju.
Mój wzrok zatrzymał się na pożółkłej fotografii tatrzańskiego Zawrata, na którym brat dzisiejszego Orkana - Halny, nie powstydziłby się czynionych ze mną i kolegą harców na śmierć i życie. Nie były to igraszki podmuchów zatrzymujące spóźnionego przechodnia z czerwoną czapeczką i dużym workiem na plecach. A impet lokomotywy łamiący paznokcie przytrzymujące się resztką sił wygładzonych krawędzi kamienistej grani.
I pomyśleć, że nic na to nie wskazywało kwadrans wcześniej, ani później. Jedna, szybko napływająca chmura, która zasłoniwszy słońce, przytaszczyła ze sobą masę powietrza uderzającą o ścianę szczytu.
Potem ledwie się położyliśmy, a błyskawicznie narastająca struga wiatru, przefrunęła nad nami próbując po drodze zabrać ze sobą. Chyba tylko lotniarz to czuje, co my wtenczas: oderwało mnie od skalnego podłoża unosząc na kilka, kilkanaście centymetrów. Czułem wiatr pod sobą i pomiędzy plecami a ciężkim plecakiem. Chyba tylko krzyk sprawił, że opadliśmy z powrotem.
Chyba mnie poniosło…  
m.a.n.  

sobota, 3 sierpnia 2013

Cyrk.



     Niedawno wylądował obok nas cyrk. Taki prawdziwy, z namiotem i słoniami. W przeciwieństwie do innych cyrków był dobrze zorganizowany. Wczesnym porankiem usłyszałem dawno nie spotykane metaliczne dźwięki charakterystyczne dla kowalskich młotów, wydobywających się ze śródmiejskiej łąki, w miejsce brzęczenia i świerszczenia.
Ponieważ radiowa rozgłośnia już dawno zrezygnowała z takiego sygnału, więc chłonąłem wszystko co się z nimi łączyło: naprzemienność i siłę uderzeń, echo odbijające się od domów oraz jęki wysiłku towarzyszące pracy.
Choć zwykle jeszcze podsypiam, o tej porze wstałem zmobilizowany czyjąś pracą o tak rzadkim już wydźwięku, niemal symbolicznym, który został zdominowany warkotem przeróżnych silników wyręczających czyjeś mięśnie, nawet w prozaicznych zajęciach, jak odkurzanie tapicerki ukochanego samochodu, nie wspominając o koszeniu trawy. 
Szybciutko powstał główny maszt dźwigający tony materiału, ale tu już czysty etos  pracy został przyćmiony cichą pracą wyciągarki i być może, aby ją zagłuszyć i podtrzymać wrażenie pracy rąk, dały się słyszeć wiązanki łaciny kuchennej, której nie powstydziliby się mistrzowie tej mowy. Jednym słowem szybko wywiało mnie z balkonu do pokoju, a gdy wróciłem, wśród ciszy stał okazały namiot otoczony 16-tonowymi wozami tworzącymi  swoiste ogrodzenie.
- Ale cyrk! – nieraz słyszymy w komentarzu na różne sytuacje lub wydarzenia nas otaczające o wysokiej nieraz randze.
- O nie! – zaprotestuję, mając na uwadze jak próbują przeżyć cyrki w obecnym, scyfryzowanym  świecie.
Sam widziałem, jak powstał w ciągu dwóch godzin, stał 9 godzin,  w ciągu których artyści dali dwa występy i znikł w ciągu kolejnych dwóch.
Chciałbym, by tak funkcjonowało wiele rzeczy w naszym kraju jak ten cyrk. Chyba, że ktoś ma inne zdanie na ten temat.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Echa Powstania Warszawskiego.

Napiszę coś co jest z pozoru wyświechtanym frazesem, ale nieraz los krzyżuje ludzkie ścieżki w zaskakujący sposób.
Dzisiejszy dzień upamiętniający Powstanie Warszawskie od pewnego czasu stał mi się bliższy aniżeli bym mógł przypuszczać. Otóż piszę pewnej starszej Pani wspomnienia z jej życia, których kilka kart jest poświęconych jej udziałowi w tych tragicznych czasach.
Dostąpiłem zaszczytu usłyszenia żywych relacji z tamtych czasów z ust świadka, który tylko nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności przeżył tamte czasy. Jej spostrzeżenia i refleksje po latach pokazują na ile "człowieczy los" zależy od przypadku, szczęścia, zaangażowania oraz zachowania innych. Traumatyczne przeżycia, których nie chcielibyśmy przeżyć nawet w snach, a jednak pozostała osobą pogodną, wręcz wesołą - zawsze niosąca pomoc innym. Może dlatego przeżyła?

czwartek, 11 lipca 2013

Bieg wydarzeń.

Można powiedzieć, że kończę kolejną powieść, a wraz z jej bohaterami zwiedziłem wiele ciekawych miejsc ( podobnie jak w poprzednich ) i poznałem szereg interesujących tematów, które bym nie poznał, gdyby nie bieg wydarzeń powieści.
Ale taką ciekawostką mógłbym rzec  była chęć przejścia do momentu wyjaśniania scen początkowych, gdy tymczasem przez kilka wieczorów dochodziłem do tego miejsca budując napięcie i pokazując emocje.To tak jakby się chciało zjeść rodzynkę w cieście zjadając po kolei kawałki ciasta jej pozbawione.