Czwartego dnia Powstania zaczęli do nas przychodzić mieszkańcy z domów
przy ulicy Wolskiej, gdzie odbywały się masowe egzekucje. To, co opowiadali,
nie chciało się nam zmieścić w głowie. Esesmani zabijali wszystkich bez
wyjątku. Były to kolejne, niewinne ofiary faszystowskiego odwetu. Jako ocalali,
ale z ranami postrzałowymi, szukali u nas pomocy. Na tej ulicy usytuowany był
też inny szpital imieniem św. Stanisława. Zajęli go nieco wcześniej faszyści,
którzy wymordowali większość pacjentów i chroniącej się w nim ludności oraz część
personelu. Kilku z pacjentów zdołało uciec i to oni przedostali się do nas,
pomimo wielu ran postrzałowych. Zostali u nas zoperowani i położeni do łóżek.
Trafił też do nas ranny żołnierz wermachtu, którego koledzy kazali zoperować.
Pod dyktandem luf zrobiliśmy to. Widocznie na tyle dobrze, bo jego dowódca
poinformował dyrekcję, abyśmy się ratowali, gdyż jutro przyjdzie SS i lepiej żebyśmy
ewakuowali personel medyczny. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba nikt nie
zrejterował. Naszym nakazem było trwać przy chorych. Nie mogłabym z tym żyć,
pozostawiając ich samych. Napięcie rosło podobnie jak z napływającymi
mieszkańcami. Z jednej strony rosnąca grupa sprawiała wrażenie rośnięcia w siłę
ludzką, jednak nasze siły ledwie starczały z nadążaniem niesienia pomocy wszystkim,
w tym zwykłego nakarmienia. Pocieszający był fakt, że wraz z napływającą
ludnością, przybywali też do nas lekarze z innych, likwidowanych szpitali.
Pracy miałam tyle, że nie starczało mi czasu na rozmyślanie.
Dalsze ciekawostki autorskie Mariana A. Nocoń od czasu wydania swej pierwszej książki.
Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.
Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
Pozdrawiam
Marian A.Nocoń
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
sobota, 2 sierpnia 2014
DZIEŃ TRZECI (3 sierpnia 1944 r.).
Trzeciego dnia przyszedł do nas ze Śródmieścia przygnębiony profesor
Grzybocki (dermatolog), który zburzył nasz entuzjazm oznajmiając:
- Nie ma co się cieszyć, bo Rosjanie rzeczywiście doszli do Wisły, ale
stanęli i nie mają zamiaru tej Wisły przekraczać. A my będziemy musieli tutaj sobie
dać radę sami.
Uszło wtedy z nas trochę powietrza zdejmując z oczu zasłonę entuzjazmu i
odtąd przebywaliśmy w szpitalu z narastającą obawą o swój los, tym bardziej, że
byliśmy w potrzasku - mając za sobą barykadę, a przed sobą wojska niemieckie,
które powracały z wycofanych już pozycji.
Wtedy też dotarło do nas, że pozostawiono nas samych
sobie i to w dwójnasób. Ta świadomość wywołała wręcz rozpacz. Sytuacja bezbronnego szpitala - pozostawionego
na przedpolu powstańczej barykady - stała się od tej chwili dramatyczna. Jego
zajęcie przez Niemców było tylko kwestią czasu. Zdaliśmy sobie jednocześnie
sprawę, że Warszawa ginie, a wraz z nią kwiat patriotycznej młodzieży. Wśród
nich nasi bliscy i znajomi. Mijał kolejny dzień upalnego lata i robiło się
bardzo gorąco.
piątek, 1 sierpnia 2014
DZIEŃ DRUGI (2 sierpnia 1944 r.).
Następnego dnia, padł niedaleko nas strzał. Niedługo potem drugi, trzeci
i kolejne. Ich ofiarami padli przypadkowi przechodnie. Rozeszła się szybko
wieść, że na wieży kościoła św. Wojciecha usadowił się snajper. Strzelał do
każdego, kto poruszał się ulicą Wolską lub Płocką. Wtedy wkradł się pierwszy niepokój
z płynącego zagrożenia, ale wciąż wierzyliśmy, że wyzwolenie nadejdzie tuż tuż.
- W końcu Rosjanie są już na rogatkach Warszawy.- moi współpracownicy wyciągali
koronny argument.
W okolicy widziałam wiele unoszących się dymów i słyszałam wiele strzałów
z toczących się walk. Zaczęli napływać do nas ranni. Pracy było coraz więcej i zaczęły się pierwsze operacje. Nie było czasu na przemyślenia.
czwartek, 31 lipca 2014
POWSTAŃCZY POCZĄTEK (1 sierpnia 1944 r.).
Wyszłam
wcześnie rano, aby być w szpitalu przed czasem. Dzień zapowiadał się upalnie. Przejęcie
dyżuru odebrałam z przejęciem. W dyżurce będącej w rzeczywistości apartamentem,
jako instrumentariuszka, czekałam na wezwanie lekarza. Wtedy też poznałam swoją
szefową – kierowniczkę sali operacyjnej. W trakcie dyżuru, późnym popołudniem,
dowiedziałam się, że budowniczy pobliskiej barykady wznosili ją w związku wybuchem
Powstania Warszawskiego. Barykada została wzniesiona tuż za naszym szpitalem, z
tyłu, w okolicach ulicy Wolskiej i Górczewskiej. Wyznaczyła ona niejako granicę
walczącej Warszawy. Tym samym Szpital Wolski nie został objęty bezpośrednio
obroną Powstańców, pozostawiając nas niejako na pastwę żołnierzy niemieckich.
Nie zdawałam sobie do końca sprawy, co to może dla nas oznaczać.
- Dobrze, że
przyjechałam.- przeleciało mi przez głowę.
Pracy miałam
sporo i pozwalało mi to, choć na trochę, zapomnieć o dokonujących się na
zewnątrz zmianach.
Kiedy dzień się
zbliżał ku końcowi i nic wielkiego nie wydarzyło oceniłam, że dla mnie
przebiegł spokojnie. W trakcie rozmów szpitalnych udzielał mi się entuzjazm Warszawiaków,
podsycany wieściami o dochodzących do Wisły Rosjan, którzy łatwo sobie mieli poradzić
z okupantami. Widzieliśmy przecież jeszcze tydzień temu, jak pobici Niemcy wracali
w żałosnym stanie. Dla wielu z nas była to kwestia tylko kilku dni, po których nareszcie
będziemy mogli czuć się wolni!
Opracował: Autor
POWSTAŃCZE PERYFERIA ’44. - Przeddzień
Zgodnie z moją zapowiedzią poniżej zamieszczam pierwsze z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii (na podstawie nie opublikowanych dotąd wspomnień Uczestniczki wydarzeń z czasów Powstania Warszawskiego) - na podstawie przekrojowego zbioru niepublikowanych dotąd wspomnień Jej życia pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”.
Marian A. Nocoń
Marian A. Nocoń
PRZEDDZIEŃ
(31 lipca 1944 r.).
Wracając nocą
z rodzinnych stron na Kielecczyźnie, po wielu perturbacjach w podróży koleją, rozglądałam
się nerwowo po warszawskiej ulicy wypatrując niemieckich patroli, których
zwykle było pełno.
- Jakby się
pochowali. – pomyślałam zdziwiona.
Ryzykowałam
życie, nie mając racjonalnego powodu przebywania po godzinie policyjnej. Już w
domu dużo mnie kosztowało przekonanie samotnej matki, że muszę wrócić do
Warszawy. Czułam jednak wewnętrzny
obowiązek niesienia pomocy „w razie czego”, bo coraz częściej słyszałam, że
może wybuchnąć powstanie. Dwa lata nauki w stołecznej szkole pielęgniarskiej, podczas
faszystowskiej okupacji, także i u mnie wywoływały wyzwoleńcze nadzieje.
Chciałam tu być, gdyż miałam zamiar pomóc Powstańcom, kiedy będą tego potrzebowali.
Taki nakaz dwudziestotrzylatki wychowanej w polskiej tradycji od pokoleń. Wcześniej,
po dwóch tygodniach wdrażania się do pracy jako instrumentariuszka, pierwszego
sierpnia miałam objąć pierwszy swój dyżur pielęgniarski.
Była ciepła,
niedzielna noc. Kotłowały się we mnie emocje, ale dziwny spokój ulicy napawał
mnie optymizmem. Bez przeszkód dotarłam do małego mieszkania nieopodal
szpitala. Zasnęłam głęboko po ciężkim dniu,
pozostawiając bezpieczne pielesze.
Opracował Autor.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Relacje powstańcze.
ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.
Dzięki relacji żyjącego świadka, od 1 sierpnia, codziennie przez tydzień, będę pokrótce relacjonował tamte chwile z obrzeży powstańczej Warszawy.
Zainteresowanych zapraszam do lektury
Dzięki relacji żyjącego świadka, od 1 sierpnia, codziennie przez tydzień, będę pokrótce relacjonował tamte chwile z obrzeży powstańczej Warszawy.
Zainteresowanych zapraszam do lektury
niedziela, 20 lipca 2014
Sobota
Wczorajszy, sobotni dzień, był dla mnie udany. Trafiając w odludne miejsce na łonie natury mieliśmy się tylko pławić w kapieli słonecznej. Jednak warkot silników wywabił mnie na kamienisty teren byłych kamiełomowów, gdzie liczni zawodnicy pokonywali z mozołem na swych motocyklach, wyznaczone odcinki pucharu krosowego kraju.
Zdjęcia robiłem, aż do rozładowania baterii. Niewyczerpany wracałem przez rozgrzaną łąkę pełną traw, ziół i kwiatów. Żar płynący z nieba osłodziły mi czarne jerzyny. Dotarłem do Małżonki i w cieniu dużego krzewu napisałem mikroopowiadanie o chłodnej toni oceanu. Po południu fragment przedwojennych wspomnień pewnej seniorki, a wieczorem przepisałem kawałek najnowszej powieści. Uff, jak gorąco (31 stopni, 19 lipiec 2014).
Zdjęcia robiłem, aż do rozładowania baterii. Niewyczerpany wracałem przez rozgrzaną łąkę pełną traw, ziół i kwiatów. Żar płynący z nieba osłodziły mi czarne jerzyny. Dotarłem do Małżonki i w cieniu dużego krzewu napisałem mikroopowiadanie o chłodnej toni oceanu. Po południu fragment przedwojennych wspomnień pewnej seniorki, a wieczorem przepisałem kawałek najnowszej powieści. Uff, jak gorąco (31 stopni, 19 lipiec 2014).
Subskrybuj:
Posty (Atom)