Byłam tym wszystkim tak zdenerwowana, że chyba przez cztery - pięć dni
nic nie jadłam. Żyłam w otępieniu, przygnębieniu i ogromnym stresie obawiając
się, że lada moment znowu coś złego może się z nami przydarzyć. Nie mogliśmy
się czuć bezpiecznie, choć pozornie tak to wyglądało. Wojna rządzi się swoimi
regułami, a prawo silniejszego odbiera prawa słabszego. Dookoła nadal było
niespokojnie i choć bezpośrednie walki przesunęły się do Śródmieścia,
praktycznie w każdej chwili mógł wejść jakiś esesman i zabić wszystkich. Ot tak
sobie. Ten kolejny, straszny dzień wlókł się niemiłosiernie. Pod bokiem
mieliśmy niemiecki punkt sanitarny, w skrzydle rannych Powstańców i my bezbronni,
a nawet ze strony Polaków spotykaliśmy się wtedy z różnymi reakcjami. Niczego
nie można było być pewnym.
W ten poniedziałek wróciły też cztery
siostry zakonne - Szarytki, które zajęły się ponownie kuchnią. Tylko dzięki
temu, że wcześniej pochowały w zakamarkach zapasy żywności, miały co gotować dodając
nam sił, aż do momentu nadejścia pierwszych ludzi z miasta - zajmowanego znowu przez
Niemców.
Niemieccy lekarze odizolowali się w międzyczasie od nas, zajmując
niewielką część szpitala, stworzyli tam małą izbę chorych z łóżkami. Kuchnię
mieli własną, polową i nie korzystali z naszej. Był to punkt przejściowy
służący do przekazywania rannych żołnierzy transportom w głąb Rzeszy. Pozwolono
nam jedynie robić drobne opatrunki. Nie wtrącali się także do pochodzenia osób,
które docierały do naszego szpitala, co dało nam możliwość zwożenia rannych Powstańców.
Tamci byli tak zajęci frontem, że to tutaj było dla nich nie istotne. Dzięki
temu, mogliśmy funkcjonować niezależnie od nich, nie informując ich o naszej
sytuacji. Do tego stopnia, że jeden z niemieckich sierżantów pochodzący z Prus Wschodnich,
nazywający się Schulz, zaczął przywozić nam rannych swoją sanitarką będącą na
terenie naszego szpitala. Ów sierżant „Papa”, bo taki otrzymał przyjazny przydomek
dzięki wielkiej ofiarności - na granicy ryzyka utraty życia, mając dużą swobodę
i nie będąc kontrolowanym, przywoził papierosy rannym Powstańcom leżącym w
skrzydle. Pod koniec dnia przyszedł na opatrunek niemiecki żołnierz. Jak się
okazało Czech. Powiedział nam wówczas, że jesteśmy głupimi Polakami, gdyż
robimy powstania, a potem nic z tego nie mamy. Tylko masakra i śmierć. Wtedy
coś we mnie pękło i rozpłakałam się.
Był to dla
mnie przełomowy moment, bo właściwie od tego momentu zaczęłam jakoś normalniej
żyć. Poczułam głód, poczułam sens życia. Wtedy z koleżanką, zaczęłyśmy
wychodzić w rozpoznany teren, gdzie leżało jeszcze pełno trupów i zbierałyśmy
nieśmiertelniki, aby było wiadomo, kto tam poległ.
Ten kolejny odcinek z cyklu siedmiu
krótkich relacji z powstańczej peryferii (zamykający pierwszy tydzień Powstania Warszawskiego, który przeżyła Uczestniczka tamtych wydarzeń) na podstawie nieopublikowanych dotąd wspomnień pt.
„ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”, które ukażą się z początkiem przyszłego roku –
obejmującej okres sprzed I wojny światowej do lat osiemdziesiątych ubiegłego
stulecia.
Autor: Marian A. Nocoń