Witam Czytelników i wszystkich pozostałych.

Czytelników zapraszam również na moją stronę wwww.mariannocon.pl , jak i na FaceBook-a (Autor Marian.A.Nocoń)

Pozdrawiam


Marian A.Nocoń

czwartek, 7 sierpnia 2014

DZIEŃ SIÓDMY (7 sierpnia ’44)

Byłam tym wszystkim tak zdenerwowana, że chyba przez cztery - pięć dni nic nie jadłam. Żyłam w otępieniu, przygnębieniu i ogromnym stresie obawiając się, że lada moment znowu coś złego może się z nami przydarzyć. Nie mogliśmy się czuć bezpiecznie, choć pozornie tak to wyglądało. Wojna rządzi się swoimi regułami, a prawo silniejszego odbiera prawa słabszego. Dookoła nadal było niespokojnie i choć bezpośrednie walki przesunęły się do Śródmieścia, praktycznie w każdej chwili mógł wejść jakiś esesman i zabić wszystkich. Ot tak sobie. Ten kolejny, straszny dzień wlókł się niemiłosiernie. Pod bokiem mieliśmy niemiecki punkt sanitarny, w skrzydle rannych Powstańców i my bezbronni, a nawet ze strony Polaków spotykaliśmy się wtedy z różnymi reakcjami. Niczego nie można było być pewnym.

 W ten poniedziałek wróciły też cztery siostry zakonne - Szarytki, które zajęły się ponownie kuchnią. Tylko dzięki temu, że wcześniej pochowały w zakamarkach zapasy żywności, miały co gotować dodając nam sił, aż do momentu nadejścia pierwszych ludzi z miasta - zajmowanego znowu przez Niemców.
Niemieccy lekarze odizolowali się w międzyczasie od nas, zajmując niewielką część szpitala, stworzyli tam małą izbę chorych z łóżkami. Kuchnię mieli własną, polową i nie korzystali z naszej. Był to punkt przejściowy służący do przekazywania rannych żołnierzy transportom w głąb Rzeszy. Pozwolono nam jedynie robić drobne opatrunki. Nie wtrącali się także do pochodzenia osób, które docierały do naszego szpitala, co dało nam możliwość zwożenia rannych Powstańców. Tamci byli tak zajęci frontem, że to tutaj było dla nich nie istotne. Dzięki temu, mogliśmy funkcjonować niezależnie od nich, nie informując ich o naszej sytuacji. Do tego stopnia, że jeden z niemieckich sierżantów pochodzący z Prus Wschodnich, nazywający się Schulz, zaczął przywozić nam rannych swoją sanitarką będącą na terenie naszego szpitala. Ów sierżant „Papa”, bo taki otrzymał przyjazny przydomek dzięki wielkiej ofiarności - na granicy ryzyka utraty życia, mając dużą swobodę i nie będąc kontrolowanym, przywoził papierosy rannym Powstańcom leżącym w skrzydle. Pod koniec dnia przyszedł na opatrunek niemiecki żołnierz. Jak się okazało Czech. Powiedział nam wówczas, że jesteśmy głupimi Polakami, gdyż robimy powstania, a potem nic z tego nie mamy. Tylko masakra i śmierć. Wtedy coś we mnie pękło i rozpłakałam się. 
Był to dla mnie przełomowy moment, bo właściwie od tego momentu zaczęłam jakoś normalniej żyć. Poczułam głód, poczułam sens życia. Wtedy z koleżanką, zaczęłyśmy wychodzić w rozpoznany teren, gdzie leżało jeszcze pełno trupów i zbierałyśmy nieśmiertelniki, aby było wiadomo, kto tam poległ.

Ten kolejny odcinek z cyklu siedmiu krótkich relacji z powstańczej peryferii (zamykający pierwszy tydzień Powstania Warszawskiego, który przeżyła Uczestniczka tamtych wydarzeń) na podstawie nieopublikowanych dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”, które ukażą się z początkiem przyszłego roku – obejmującej okres sprzed I wojny światowej do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.    
Autor: Marian A. Nocoń

środa, 6 sierpnia 2014

DZIEŃ SZÓSTY (6 sierpnia ’44).

Kolejny z cyklu krótkich relacji z powstańczej peryferii na podstawie nie opublikowanych dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”.   

W końcu utkwiliśmy w jednym z punktów na całą noc. Był też z nami ten austriacki lekarz, który ocalił nam życie. Rano niestety rozdzielono nas i naszych doktorów skierowano do szpitala św. Stanisława, a my pozostałyśmy na miejscu. Później, jak się okazało, lekarze poszli do innego szpitala. Po wschodzie słońca kazano nam iść, ale nie wiedziałyśmy, dokąd. Idąc w nierozpoznanym na początku kierunku, widziałyśmy pożary, dymy i trupy, choć jakby było ich mniej, co mogło świadczyć, że je sprzątano. W końcu okazało się, że skierowano nas … z powrotem do szpitala Wolskiego, gdzie ponownie uruchamiano punkt dla rannych.  Wróciłyśmy, więc do punktu wyjścia, dzięki przypadkowi i niesamowitemu szczęściu. Trafiłyśmy do naszego szpitala jeszcze nad ranem. Kiedy weszłyśmy do niego, wydawał się pusty. Zastałyśmy tam tylko doktora Woźniewskiego, który uchował się dzięki pewnemu małżeństwu, które dysponując listem żelaznym, otrzymało niemiecką eskortę i lekarza nad ciężko chorą małżonką – właśnie tegoż doktora. Wnet wyszły z ukrycia pielęgniarka i dwie położne, tworząc z nami zalążkowy personel medyczny. Mając pod bokiem niemiecki punkt opatrunkowy dowodzony przez Austriaka, który tylko doraźnie doglądał naszych czynności opatrunkowych. Natomiast przyszedł do nas jakiś oficer niemiecki szukający u nas znanego profesora Zeylanda. Wtedy rozgoryczony wcześniejszym „odkryciem” nasz lekarz zaprowadził go do gabinetu dyrektora i pokazał mu jego zwłoki wraz ze zwłokami dyrektora i kapelana szpitalnego, co wstrząsnęło Niemcem. Odszedł.
Zaistniała jeszcze sytuacja szczęśliwa. W skrzydle szpitala odnaleziono pozostałych tam rannych - chyba z batalionu „Zośka”. Esesmani, zajęci rabowaniem magazynów szpitalnych, przeoczyli to skrzydło. Dzięki temu oni ocaleli.  Nikogo więcej już los jednak nie oszczędził. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

CZARNY DZIEŃ – PIĄTY (5 sierpnia ’44).



Tej relacji nie można skrócić do kilku zdań, dlatego też tym razem przeniosę obszerniejsze fragmenty ze spisanych wspomnień z życia mojej Bohaterki.
- Piąty dzień powstania na trwale wrył się w moją pamięć.- mówi Uczestniczka tamtych dni. 
-  W sobotę, od samego rana kontynuowano egzekucje mieszkańców przy sąsiedniej ulicy, na co wskazywały liczne salwy i pojedyncze strzały. Zdawałam sobie sprawę, że z każdym wystrzałem ktoś ginie. Starałam się, więc skupić na ogromie pracy, która pozornie oddalała mnie od czarnych myśli, jednak podenerwowanie trudno było mi ukryć. Nie stawiałam sobie pytań, na które nie mogłabym odpowiedzieć. Po południu, gdzieś około 13.30, do naszego Szpitala Wolskiego wtargnęli esesmani i rozbiegli się po wszystkich oddziałach, każąc nam się zbierać i natychmiast wychodzić. Padły też pierwsze strzały na terenie szpitala - z kierunku gabinetu dyrektora. 
Zdezorientowana, przez moment obserwowałam esesmanów, którzy nie mieli skrupułów wobec chorych. Kazano wszystkim wstać z łóżek i iść. W ogromnym zamieszaniu zeszłam do holu szpitala, gdzie nas wszystkich zebrano. Od razu oddzielono od nas chorych oraz cywili. Ustawiono w grupy i nakazano wyjść na ulicę.
Ciężko chorych, po operacjach, zabijano przy najmniejszym zasłabnięciu. Ci, którzy walczyli z całych sił i zdołali jakoś wyjść ze szpitala, potem ginęli od kul oprawców, jeśli tylko przez moment utracili siły w nogach. Nie można było im w żaden sposób pomóc, gdyż działo się to w atmosferze terroru, przy morderczej bezwzględności, a humanitarne odruchy były natychmiast gaszone kulą lub uderzeniem kolby. Wstrząsające to były sceny.
Jednak nie był to jeszcze koniec tych strasznych chwil i widoków tego dnia, których nie mogę zapomnieć pomimo upływu ponad 70 lat od tamtych wydarzeń. Idąc wtedy w kolumnie pod eskortą ulicą Górczewską zobaczyłam najmakabryczniejszą rzecz, jaką przeżyłam w czasie wojny: chodniki usiane były trupami ludzi (kobiet, mężczyzn i dzieci), których Niemcy wyciągnęli wcześniej z okolicznych budynków. W pewnym momencie, wśród tego okropnego  widoku dostrzegłam ciało zastrzelonej kobiety, która wciąż miała rękę zawieszoną na latarni, jakby się jej trzymała jedną ręką, a na drugiej miała również zastrzelone niemowlę. Oboje zastygli w śmiertelnej pozie wyrażającej tragizm i heroizm jednocześnie. Widok był niesamowity. Mijałam ich w milczeniu, wpatrzona i wstrząśnięta, przez chwilę zapomniałam o swym niepewnym losie. Wzrok oderwałam od nich dopiero, kiedy padł w pobliżu kolejny strzał, po którym ktoś upadł. Esesmani, co chwilę strzelali do rannych z naszego szpitala, którzy nie potrafili już iść dalej. A byli to przeważnie ciężko chorzy, wśród których znajdowali się też wspomniani wcześniej ranni pacjenci ocalali z egzekucji przy ulicy Wolskiej. Ich głęboki dramat odcisnął swe podwójne piętno pomiędzy uciekającym życiem, a prześladującą śmiercią.
Szliśmy dalej w kierunku ulicy Okopowej pod lufami innych żołnierzy, jeśli tak ich w ogóle można było nazwać tych oprawców, z kompanii Dirlewangera. Byli to przeważnie jacyś Kałmucy z SS, zabijający na naszych oczach z zimną krwią. Bezwzględność, z jaką wręcz katrupili nie pozostawiała złudzeń, co będzie z nami. Ich bezkarność była porażająca, a cyniczne uśmiechy wyrażały pogardę dla naszego życia. Wprowadzeni w ulicę Okopową, szliśmy jej dołem, po obu stronach mając nasypy tworząc mały wąwóz. Górą kroczyli oprawcy z wycelowanymi w nas karabinami, czekając tylko na najdrobniejszy pretekst, aby zabić. Chociażby za zbyt długie spojrzenie. Szłam otępiona okrucieństwem, bezsilnością, brakiem nadziei.
Wtem kazano się nam zatrzymać i w niesamowitych okolicznościach zostałam ocalona. Zbieg okoliczności sprawił, że zoperowany żołnierz niemiecki przyniesiony na noszach zażądał wyprowadzenia z kolumny operującego go lekarza, a ten wskazał na swojego kolegę, moją szefową i mnie – jako zespół operujący.  
Oddzielono nas wtedy od reszty i doprowadzono pod eskortą do opuszczonej willi jakiegoś fabrykanta. Pozostałych skierowano do hali po prawej stronie. Była to duża hala, właściwie już poza miastem. Willa, do której nas doprowadzono, była zajęta była przez sztab niemieckich lekarzy. Był to ich tymczasowy punkt. Naszą w czwórkę wsadzili do pomieszczenia, sąsiadującego tuż obok z drugim, które oddzielały cienkie drzwi, spod których wyzierała szczelina przepuszczająca każde słowo. Wtedy gra o nasze życie rozpoczęła się na nowo. Dwaj sprzeczający się ze sobą lekarze – oficerowie niemieccy – prowadzili ostry spór o to, czy nas zlikwidować, czy zostawić do pomocy. Drugi raz mój, nasz los tego dnia zawisł na włosku.
W końcu wyższy rangą Austriak obronił nas przez zakusami rodowitego Niemca.
Egzekucje odbywały się po drugiej stronie ulicy, w hali fabrycznej, do której spędzono personel i chorych z naszego szpitala. Tam początkowo przetrzymywano ludzi przewidzianych do rozstrzelania, a potem zaczęli wyprowadzać wpierw mężczyzn i ich rozstrzeliwać, natomiast kobiety zostawili na koniec - trzymając je w śmiertelnej niepewności, bowiem wcześniej rozstrzeliwali także kobiety i dzieci wprost na ulicy. Mój los był też wciąż niepewny, jak i nas wszystkich, jednak starałam się nie poddawać paraliżującemu strachowi. Taki  to był ten nasz straszny dzień związany z odwetem za Powstanie, jakiego pomimo wcześniejszego okupacyjnego terroru, jeszcze nie zaznaliśmy.
Do nocy parę razy nas przenoszono do innych punktów sanitarnych i za każdym razem nie byliśmy pewni, czy aby eskortujący nas wśród stosów trupów żołnierz, nie pociągnie za spust.
(Więcej szczegółów zawartych będzie w przyszłej książce Autora)
 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

DZIEŃ CZWARTY (4 sierpnia ’44).

Czwartego dnia Powstania zaczęli do nas przychodzić mieszkańcy z domów przy ulicy Wolskiej, gdzie odbywały się masowe egzekucje. To, co opowiadali, nie chciało się nam zmieścić w głowie. Esesmani zabijali wszystkich bez wyjątku. Były to kolejne, niewinne ofiary faszystowskiego odwetu. Jako ocalali, ale z ranami postrzałowymi, szukali u nas pomocy. Na tej ulicy usytuowany był też inny szpital imieniem św. Stanisława. Zajęli go nieco wcześniej faszyści, którzy wymordowali większość pacjentów i chroniącej się w nim ludności oraz część personelu. Kilku z pacjentów zdołało uciec i to oni przedostali się do nas, pomimo wielu ran postrzałowych. Zostali u nas zoperowani i położeni do łóżek. Trafił też do nas ranny żołnierz wermachtu, którego koledzy kazali zoperować. Pod dyktandem luf zrobiliśmy to. Widocznie na tyle dobrze, bo jego dowódca poinformował dyrekcję, abyśmy się ratowali, gdyż jutro przyjdzie SS i lepiej żebyśmy ewakuowali personel medyczny. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba nikt nie zrejterował. Naszym nakazem było trwać przy chorych. Nie mogłabym z tym żyć, pozostawiając ich samych. Napięcie rosło podobnie jak z napływającymi mieszkańcami. Z jednej strony rosnąca grupa sprawiała wrażenie rośnięcia w siłę ludzką, jednak nasze siły ledwie starczały z nadążaniem niesienia pomocy wszystkim, w tym zwykłego nakarmienia. Pocieszający był fakt, że wraz z napływającą ludnością, przybywali też do nas lekarze z innych, likwidowanych szpitali. Pracy miałam tyle, że nie starczało mi czasu na rozmyślanie. 

sobota, 2 sierpnia 2014

DZIEŃ TRZECI (3 sierpnia 1944 r.).

Trzeciego dnia przyszedł do nas ze Śródmieścia przygnębiony profesor Grzybocki (dermatolog), który zburzył nasz entuzjazm oznajmiając:
- Nie ma co się cieszyć, bo Rosjanie rzeczywiście doszli do Wisły, ale stanęli i nie mają zamiaru tej Wisły przekraczać. A my będziemy musieli tutaj sobie dać radę sami.
Uszło wtedy z nas trochę powietrza zdejmując z oczu zasłonę entuzjazmu i odtąd przebywaliśmy w szpitalu z narastającą obawą o swój los, tym bardziej, że byliśmy w potrzasku - mając za sobą barykadę, a przed sobą wojska niemieckie, które powracały z wycofanych już pozycji.

Wtedy też dotarło do nas, że pozostawiono nas samych sobie i to w dwójnasób. Ta świadomość wywołała wręcz rozpacz.  Sytuacja bezbronnego szpitala - pozostawionego na przedpolu powstańczej barykady - stała się od tej chwili dramatyczna. Jego zajęcie przez Niemców było tylko kwestią czasu. Zdaliśmy sobie jednocześnie sprawę, że Warszawa ginie, a wraz z nią kwiat patriotycznej młodzieży. Wśród nich nasi bliscy i znajomi. Mijał kolejny dzień upalnego lata i robiło się bardzo gorąco.

piątek, 1 sierpnia 2014

DZIEŃ DRUGI (2 sierpnia 1944 r.).

Następnego dnia, padł niedaleko nas strzał. Niedługo potem drugi, trzeci i kolejne. Ich ofiarami padli przypadkowi przechodnie. Rozeszła się szybko wieść, że na wieży kościoła św. Wojciecha usadowił się snajper. Strzelał do każdego, kto poruszał się ulicą Wolską lub Płocką. Wtedy wkradł się pierwszy niepokój z płynącego zagrożenia, ale wciąż wierzyliśmy, że wyzwolenie nadejdzie tuż tuż.
- W końcu Rosjanie są już na rogatkach Warszawy.- moi współpracownicy wyciągali koronny argument.

W okolicy widziałam wiele unoszących się dymów i słyszałam wiele strzałów z toczących się walk. Zaczęli napływać do nas ranni. Pracy było coraz więcej i zaczęły się pierwsze operacje. Nie było czasu na przemyślenia.

czwartek, 31 lipca 2014

POWSTAŃCZY POCZĄTEK (1 sierpnia 1944 r.).



Wyszłam wcześnie rano, aby być w szpitalu przed czasem. Dzień zapowiadał się upalnie. Przejęcie dyżuru odebrałam z przejęciem. W dyżurce będącej w rzeczywistości apartamentem, jako instrumentariuszka, czekałam na wezwanie lekarza. Wtedy też poznałam swoją szefową – kierowniczkę sali operacyjnej. W trakcie dyżuru, późnym popołudniem, dowiedziałam się, że budowniczy pobliskiej barykady wznosili ją w związku wybuchem Powstania Warszawskiego. Barykada została wzniesiona tuż za naszym szpitalem, z tyłu, w okolicach ulicy Wolskiej i Górczewskiej. Wyznaczyła ona niejako granicę walczącej Warszawy. Tym samym Szpital Wolski nie został objęty bezpośrednio obroną Powstańców, pozostawiając nas niejako na pastwę żołnierzy niemieckich. Nie zdawałam sobie do końca sprawy, co to może dla nas oznaczać.
- Dobrze, że przyjechałam.- przeleciało mi przez głowę.
Pracy miałam sporo i pozwalało mi to, choć na trochę, zapomnieć o dokonujących się na zewnątrz zmianach.
Kiedy dzień się zbliżał ku końcowi i nic wielkiego nie wydarzyło oceniłam, że dla mnie przebiegł spokojnie. W trakcie rozmów szpitalnych udzielał mi się entuzjazm Warszawiaków, podsycany wieściami o dochodzących do Wisły Rosjan, którzy łatwo sobie mieli poradzić z okupantami. Widzieliśmy przecież jeszcze tydzień temu, jak pobici Niemcy wracali w żałosnym stanie. Dla wielu z nas była to kwestia tylko kilku dni, po których nareszcie będziemy mogli czuć się wolni!
Opracował: Autor